Wpisy otagowane ‘Contentezza’

To już jest koniec… prawie.

piątek, 17 Czerwiec 2011

No cóż, koniec roku i zapał spada. Tylko jedna Marta ma do nas cierpliwość i w ostanti poniedziałek znowu miala zajęcia indywidualne z 3-ką prowadzących :-)

 

Oczywiście oprócz różnych powtórek tańcy takich jak Parson’ s Farewell, Villanelli, Contentezzy, Bassy Pompilli przerobilśmy do końca Gagliardę „korowodową” oraz Chiara Stellę.

I tak nam mile upłynęły te przedostatnie zajęcia.

 

Wielkieś mi uczyniła pustki… pogodo!

środa, 8 Czerwiec 2011

I znowu przewaga prowadzących nad uczestnikami.

Choć myśleliśmy, że już nikt nie przyjdzie, to dzielnie stawiła się Kasia i Bienia i pomimo duszności i gorąca poddały się torturom :-)

Zasadniczo zajęcia nie różniły się niczym od tych sprzed tygodnia, tylko że z odrobinę innym składem.

No i zamiast „parkinsona” było Rufty Tufty.

Najwięcej wysiłku przy tej pogodzie sprawiła oczywiście Gagliarda, którą bezlitośnie katowałem :evil:

Fioretta, czyli łatwo nie jest

środa, 16 Marzec 2011

Kolejny poniedziałek dopisał nam frekwencją. Dla odmiany była tylko jedna osoba,  która była na poprzednich zajęciach, czyli miała dużo powtórki ;-)

Ale po kolei.

Po zwyczajowej rozgrzewce – niezbyt ciężkiej ale i chyba nie nazbyt lekkiej – na dobry początek zaczęliśmy od powtórzenia Black Nag’a. Ponieważ Hrabiego nie  było na zajęciach, z powodu tego, że jedną nóżkę ma bardziej, to Anett zastępowała nam dzielnie jednego pana .

Jak zwykle najwięcej problemów sprawiły łańcuszki. Po przećwiczeniu ich na sucho w końcu wyszło jak należy. Potem zmiana klimatu i powtórka Contentezzy. Za pierwszym razem jeszcze nogi się buntowały, dlatego do drugiego przebiegu, żeby nie było zbyt prosto, zastosowaliśmy inną wersję muzyczną, nigdy wcześniej przez nas nie testowaną :-D Zdania były podzielone – jednym się podobała nowa muzyka, innym mniej. Na pewno była inna :-D

W dalszej kolejności poćwiczyliśmy Bassę Ducalę – coś czuję, że jeszcze dość długo ten taniec będzie sprawiał problemy – a szkoda. Po powtórzeniu na sucho i przetańczeniu do muzyki trzeba było trochę poćwiczyć spezzata fianchegatti – więc pochodziliśmy trochę w tę i na zad  i niby wychodziło, a w tańcu do muzyki dalej są problemy. No nic – będziemy szlifować.

Po Ducali zabraliśmy się za szlifowanie kolejnego „hitu” – czyli Bassy Pompilli – najpierw na sucho, a potem kilka razy z muzyką. I ten taniec wychodzi dużo lepiej. Jest naprawdę nieźle.

Dla odsapnięcia poskakaliśmy trochę w branlu d’Ecosse (wersji najszybszej), po czym, korzystając z tego,  że nogi mieliśmy rozgrzane, poćwiczyliśmy sobie jeszcze trochę techniki. Czyli Riverenzę – niby prosta i pierwszy krok, a jednak..; potem Ripresy z naciskiem na robienie małych kroków i trabuchetta, bo te ciągle niezbyt wychodzą.

A potem… potem zaczął się koszmar – czyli próbowaliśmy robić Fioretta :-D Bienia miała przewagę, bo była na poprzednich zajęciach ale reszta obecnych – czyli Aneta, Basia i Maciek – nie mieli wcześniej tej przyjemność. Cóż, krok do prostych nie należy i nie należy przejmować się zbytnio niepowodzeniami na początku, zwłaszcza, że są przesłanki ku temu, że wkrótce będzie nieźle.

Po tej udręce jeszcze na koniec powtórki Bass – Ducali i Pompilli a potem rozeszliśmy się tradycyjnie w różne strony – niektórzy do metra inni na kebab, gdzie Hrabia, który w międzyczasie dotoczył się do nas, zaprezentował nam swoje reżyserskie pasje :-D

 

Po niemiecku i na słodko

środa, 9 Marzec 2011

I kolejny poniedziałek upłynął pod znakiem niemal indywidualnych zajęć. Oprócz trójcy prowadzących, były jeszcze 2 osoby, ale w zestawie innym niż tydzień temu, czyli Kasia i Marta. Rozgrzewka była, jak zawsze. Ale, że nic ciekawego się nie działo, daruję sobie puste opisy.

Przystępując do zajęć właściwych zaczęliśmy od powtórek. I tak, na pierwszy ogień poszło Rufty Tufty, potem Parson’s Farewell – tu trochę łańcuszki ciągle sprawiają kłopoty, więc powtarzaliśmy. Potem przypomnieliśmy sobie Contentezzę. I to był koniec powtórek „staroci”. Zatem przeszliśmy do powtórek „nowości” czyli najpierw przetańczyliśmy Bassę Ducalę – tu jeszcze spezzata fianchegiati i inne takie przyjemności sprawiają drobny problem, ale bez strachu – będziemy powtarzać, i powtarzać i powtarzać…

Było też trochę techniki czyli poćwiczyliśmy Ripresy z naciskiem robienia małych kroków i trabuki – te ostatnie jeszcze ciągle sprawiają kłopoty. Poćwiczyliśmy też wędrowanie w krokach gagliardy oraz  była pierwsza lekcja nowego kroku, czyli zaczęliśmy uczyć się, jak wykonywać Fioretta :-)

Wymęczeni technikami zatańczyliśmy co nieco dla rozluźnienia. T Na usilną prośbę Bieni poczłapaliśmy trochę z trumną, czyli Allemandę oddreptaliśmy :-) a potem Villanellę.

Tak dla rozluźnienia nauczyliśmy się też nowego tańca – Dolce Amoroso Fuoco :-) Ponieważ z to panowie mają bardziej skomplikowany popis z Fiorettami, nie było problemu, aby panie nauczyły się swoich kroków, które są proste. I rzeczywiście – dziewczyny szybko załapały taniec – kolejny do kolekcji :-)

Na zakończenie jeszcze tylko Parson’s Farewell w wersji szybkiej i do domu lub na kebab :-)

 

 

Zajęcia prawie indywidualne

wtorek, 1 Marzec 2011

Zachęcona na niedzielnych tańcach dotarła tym razem na zajęcia dla początkujących także Zgoś. I jakby nie nasza czwórka, sala świeciłaby początkowo pustkami. Poczekaliśmy 15 minut i gdy nikt się nie zjawiał, postanowiliśmy, że odtańczymy szybką wersję Parson’s Farewell i pójdziemy na piwo. Nie było nam to jednak dane (a przynajmniej nie od razu), bo jakby wywołani tańcem, albo jak diabeł z pudełka, pojawili się Słodcy.

Maciek, mimo braku pełni sił, postanowił przyjść, żeby nadrobić zaległości, więc wzięliśmy się za zajęcia prawie indywidualne.

Na początek, żeby się trochę rozruszać, zatańczyliśmy Black Nag’a (bez Asika koniki nie pędzą tak szybko), potem wzięliśmy się za powtórzenie Bassy Ducale, poźniej (może niekoniecznie w tej kolejności) za Contentezzę, a po dyskusjach o motoryzacji, chcieliśmy zatańczyć poloneza, ale na Villanelli w mercedesie się skończyło, powtórzyliśmy na sucho i z muzyką także Bassę Pompilię, zwana inaczej koszmarem Ruraka. Przy tym tańcu naszły nas refleksje, czy jest on lekko nudny, czy może raczej dostojny i pełen powagi. Zapląsaliśmy dla rozrywki w końcu Scotch Cap’a. Przez dłuższą chwilę pomęczyliśmy łydki ćwiczeniami z mieszanki riprese i trabuchettów. Po czym wymarznięci, ale z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku poszliśmy do domów/na piwo (niepotrzebne skreślić). Jeśli kogoś z nieobecnych piekły uszy, to tak, to właśnie przez nas.

Poniedziałkowe powroty

środa, 16 Luty 2011

Ponieważ już wróciliśmy z Torunia, to pełni energii zabieramy się za dalsze męczenie nóżek :-) Nie swoich.

Korzystając z okazji, że było nas sześcioro (trójka prowadząca, czyli ja, Anett i Hrabia) dotarły jeszcze dziewczyny – Basia, Marta i po przerewie Aneta.

A skoro była nas 6 po rozgrzewce (nie tak intensywnej może co tydzień temu) przypomnieliśmy sobie „czarną nogę” czyli Black Nag’a. Potem jeszcze powtórka „tańca z beczką” (Contentezzy) i po tym wtańczeniu się zabraliśmy się za dalsze wałkowanie Bassy Ducali.

Najpierw jednak dla przypomnienia, a dla Anety w celu opanowania, powtórzyliśmy krótko same nowe w tym tańcu kroki – czli Passo Trango, spezzato fianchegiatto do tyłu i do przodu oraz kombinację spezzato w obrocie – cadenza a także seguito semidoppio.

Po tym wstępie przypomnieliśmy sobie kilkukrotnie „na sucho” fragment poznany dotychczas a potem przewałkowaliśmy z muzyką. Brawa dla Anety, bo to był jej pierwszy kontakt z tym tańcem a poradziła sobie bardzo dobrze.

Żeby psychicznie odpocząć przeskakaliśmy sobie branle’a d’Ecosse w wersji najszybszej a także Scotch Cap’a. Po czym wróciliśmy do Bassy Ducali i przerobiliśmy 2 ostatnie brakujące fragmenty.
Tak więc od następnych zajęć nie ma zmiłuj – szlifujemy całość.
Ale żeby nie zesztywnieć poskakaliśmy sobie jeszcze trochę kroków gagliardowych i na samo zakończenie, na specjalne życzenie Bieni (dopraszała się przez całe zajęcia) – taniec „z trumną” czyli Allemanda. Pamiętajcie – co złego, to nie ja :evil:

Jedni obijają się w Toruniu, inni sumiennie ćwiczą w Warszawie ;-)

środa, 9 Luty 2011

Spoglądając na zegarek i widząc jak nieubłaganie zbliża się 18.30, powoli zaczęłam myśleć, że będę na poniedziałkowych  zajęciach sama, ale nie było jednak tak źle i powoli zaczęli nadchodzić: Marta, Kasia i Słodcy,  pojawiła się także na gościnnych występach – Asik. Tylko Ramzesa jakoś nadal nie możemy się doczekać.

Zaczęliśmy tradycyjnie od rozgrzewki, przy której sprawdziłam, że Welcome to Ireland Carrantouhilla ma odpowiednią długość, żeby nie zabić grupy skakaniem, ale odpowiednio ją zmęczyć; na koniec rozgrzewki zatańczyliśmy jeszcze średnio-szybką wersje branla e’cosse i wzięliśmy się za tańce właściwe.

Na pierwszy ogień poszła Vilanella w mercedesie (bo wszak wielkimi miłośnikami motoryzacji jesteśmy wszyscy), później Scotch Cup, Black Nag (przy którym Asikowe ADHD objawiło się w postaci galopującego konika) i Contentezza. Po czym Marta, której ostatnio nie było, miała przyspieszony kurs Bassy Ducale i poszło naprawdę całkiem nieźle. Na następnych zajęciach na pewno skończymy taniec, tym bardziej, że Asik podstępnie przemyciła jego kawałek do ćwiczeń.

Co do Asika jeszcze – uprzejmie zechciała ona poprowadzić ćwiczenia techniczne. Pląsaliśmy to w jedną, to w drugą stronę i do muzyki i bez. Ćwiczylismy trabuchetta w różnych konfiguracjach aż nam łydeczki pocierpły.

Aby trochę odpocząć zatańczyliśmy Parsons Farewell (i tu się okazało, ze w roli Pana jestem myląca i przez to psują się, łańcuszki) i taniec grabarza. Po czym czas nam się skończył i poczłapaliśmy do domu, nieznacznie tylko zbaczając z drogi.

Lekcja indywidualna

czwartek, 27 Styczeń 2011

W poniedziałek frekfencja niestety nie dopisała – oprócz trójki prowadzących – czyli mnie, Hrabiego i Anett, dotarła dzielnie tylko Kasia.

Dzięki temu miała okazje poćwiczyć na spokojnie kroki, które sprawiały jej kłopot.

Tak więc po rozgrzewce zrobiliśmy kilka powtórek – Contentezza, Parson’s Farewell, Rufty Tufty a nawet Alemande :-)

Potem poćwiczyliśmy trochę techniki – czyli ripresy i trabuchetta i kroki Gagliardowe – podstawowy i w bok – i dzięki ćwiczeniom na spokojnie zaczęło dobrze wychodzi. A ponieważ szło tak dobrze, to Kasia nauczyła się  (w ramach lekcji indywidualnej) trzeciego kroku gagliardowego – podstawowego wg Caroso – czyli kombinacja: przód, tył, przód, przód, cadenza :-) A potem ćwiczyliśmy wszystkie 3 w kombinacji.

Trochę to skakanie nas rozgrzało, bo po rozgrzewce ślad już nie został – na sali było wyjątkowo zimno – na dworzu było niewiele zimniej.

Dalsza część treningu minęła nam na rozluźnieniu przy branlach i dalszych powtórkach, miedzy innymi Bassy Ducali i Villanelli.

I tym sposobem dobrnęliśmy do 2/3 treningu, po czym zakończyliśmy :-) i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Powtórki, powtórki, a kto nie był, niech żałuje

wtorek, 18 Styczeń 2011

Dziś, niestety, frekfencja nie dopisała, ale za to trzon grupy początkującej – czyli Aneta i Kasia – stawił się jak zwykle. Oprócz prowadzących, których dziś była przeważająca liczba, czyli ja, Anett i Hrabia.

Po rozgrzewce (bo w sali temperatura, jak na dworzu) powtórzyliśmy sobie w tym zacnym gronie takie, poznane dotychczas tańce, jak:

Rufty Tufty, Villanella, Black Nag (z duszkiem), Ballo del Fiore, Contentezza, Parson’s Farewell.

Potem trochę techniki dla odmiany – czyli w zasadzie poskakaliśmy krok podstawowy cinque passi i wprowadziliśmy kolejną wariację. Po kilku próbach i wyjaśnieniach oba kroki, w kombinacji łączonej, zaczęły wreszcie wychodzić – brawo – było naprawdę dobrze!

Po tej techno-rozgrzewce :-) poćwiczyliśmy fragment Bassy Ducali, którego próbowaliśmy uczyć się tydzień temu. Jeszcze sporo pracy przed nami, zanim pójdziemy dalej – tranga i spezzato w obrocie dają znać o sobie. Ale w końcu i to zwalczymy, a dalej – dalej kolejne przyjemności-trudności czychają :-) .

Po tych męczarniach dla odmóżdżenia i rozluźnienia były Barnle, a po nich znowu powtórki.

I to by było na tyle w tym tygodniu :-)

O problemach z pamięcią i innych hopkach

czwartek, 6 Maj 2010

Środowe zajęcia zaczęliśmy w trójcowym składzie, tj. ja, Anett i Hrabia. Żeby nie było nam nudno zaczęliśmy niemal tradycyjnie od Passo e Mezzo z losową kombinacją wariacji. I okazuje się, że jak zwykle kłopoty z pamięcią nas dopadły – jakoś ciężko zapamiętać kombinację 5 cyfr z czego cyfry występują tylko w zakresie 1-4 :D . No cóż, trzeba chyba pomyśleć o jakimś bilobilu czy innym preparacie na pamięć :-)

Na szczęście długo sobie tym problemem głowy nie zajmowaliśmy i przeszliśmy do tańczenia Spagnoletty na 3 osoby w naszej wersji – innymi słowy  Spagnoletta na 3-pary w 3 osoby, która jest hybrydą Spagnoletty na parę i „zwykłej” na 3 osoby. Proste, prawda? :-)

W trakcie radosnego pląsania dołączyła do nas Asia i od razu wspomogła naszą pamięć, bo jakoś w drugiej zwrotce nogi nasze nijak nie chciały sobie przypomnieć jednego fragmentu. A Asia pamiętała :-) Chyba jednak bilobil trzeba zanabyć.

Żeby się nie nudzić i jednak pamięć poćwiczyć przetańczyliśmy Koszmar Ruraka czyli inaczej Bassę Pompilię, gdzie z braku rozpiski za lektora dla Asi i Hrabiego, którzy nie są fanami tego tańca, służyliśmy wspólnymi siłami ja i Anett.

Gdy koszmar przeminął, jadąc dalej po bazach, tj. po bassach powtórzyliśmy sobie Bassę Toscanę.

Żeby jednak nie było zbyt monotonnie, to zmieniliśmy klimat na Celeste Giglio. Po przetańczeniu całości (znaczy tej całości, którą pamiętaliśmy) przeszliśmy do powtarzania/uczenia się na nowo 2 ostatnich części, tj. saltarello i canario. W tym czasie Karol, pomimo słabującego zdrowia, postanowił zasilić nasz skład. Plus dla Karola :-) . Okazuje się, że całkiem, całkiem całość wychodzi i teraz trzeba będzie w zasadzie tylko szlifować. Pocieszyliśmy się tym, że jest to taniec na parę, więc synchronizacja między parami nie jest wymagana – ufff.

Po wymęczeniu(się) Celeste dla rozluźnienia zatańczyliśmy Torneo Amoroso, a także gagliardy – „korowodową” i na parę. I na zakończenie zatańczyliśmy sobie… znaczy So Ben Mi Chi Ha Buon Tempo a na samiuśki koniec  jeszcze Laurę, żeby nie było :)

W końcu jednak ludziki lego zaczęły dochodzić do głosu i czym prędzej zakończyliśmy trening, po czym udaliśmy się pełnym składem na piw… na wymianę bardzo ważnych plot… i piwo :-)

PS.

W ramach odkurzania szarych komórek jeszcze z Anett zatańczyliśmy Contentezzę :)