No to spotkaliśmy się po raz kolejny, żeby pomachać nóżkami.
Zaczęliśmy od Passo e Mezzo, a że w głowach nie mamy do konca po kolei, to w ten sam sposób odtańczylismy wariacje (zaczelismy na pewno od trzeciej, co było dalej nie pamiętam, zresztą nie ma co się przywiązywać do kolejnosci, bo za tydzień na pewno będzie inaczej). Uznaliśmy, że przydałyby się jakieś panie, które będą nam pokazywały numer kolejnej wariacji, jak rundę w walkach bokserskich. Póki co, pań chetnych do chodzenia przed nami w bikini jednak nie ma.
Dalej korzystając z okazji, że mamy odpowiednią ilosć par, przyszła kolej na Spagnolettę na 6 osób. Kroki pamiętamy, ale z geometrią u nas nadal kiepsko, słoneczko jakieś takie koślawe, mercedes zamienia się w opla i parę innych marek po drodze, czeka nas tu nadal sporo pracy.
Nie inaczej jest z Galliardą na parę, w której równo jest tylko początek. A potem (głównie panom) się trochę rozjeżdża.
Przypomnieliśmy sobie także Torneo Amoroso (w którym na razie nie wiadomo, którą nogą powinien być ukłon – czekamy aż Asik doczyta ostateczna wersję), Bassę Toscanę, na której zmienny rytm ponarzekał Bartek, a dla Asika specjalnie zatańczylismy So Ben (bo na rozluźnienie chciała cos takiego dudududu – na przyszłosć zaproponowalismy jej zapisanie się dodatkowo na boks) i wzięliśmy się mozolnie za dalszą część Ceseste Giglio. Galliarda nadal jest dla nas troszeczkę za szybka, ale wierzymy, że jakoś się uleży i w końcu zacznie wychodzić. Ustalilismy za to, jak powinno ostatecznie wyglądać ssss. W dalszej kolejności czeka nas Canario (już się nie mogę doczekać, muzyka jest taka fajnie cwałująca). Ćwicząc galliardę z sapiącym Asikiem spiewalismy: Ruraku czy Ci nie żal… i chyba żal mu się zrobiło, bo chwilę później stanął w drzwiach.
Po treningu tradycyjnie i prawie w pełnym składzie poszlismy na piwko (zniknąć musiała tylko Asia, która poszła opiekować się chorą Lusią).
no to chyba tyle
to mówiłem ja, Jarząbek
znaczy Anett